Bajka o trzech żukach, które stały się częścią leśnej zielonej rodziny
Maria Szymankiewicz
Bajka dedykowana jest wszystkim pokoleniom Szczepu „Zielony Płomień”, których częścią życia harcerskiego były przygody związane z Błękitnym Gromem, Orange Gromem lub Białym Gromem. Samochody marki Żuk, towarzyszyły szczepowi przez 27 lat – od roku 1993 do 2020 roku, kiedy to zostały oddane w ręce nowych właścicieli. Dziękujemy wszystkim instruktorom i instruktorkom szczepu, a także naszym przyjaciołom za to, że dzięki pozyskaniu Żuków do szczepu dali nam możliwość przeżycia wielu niezapomnianych przygód, których częścią stały się te niesamowite auta, które naprawdę stały się częścią naszej harcerskiej rodziny.
Nie tak wcale dawno temu, gdy rzeczywistość mieniła się raczej szarymi barwami, w czasach królestwa Pe-eR-eLu, na świat przyszedł okazały Żuk o niespotykanie pięknym niebieskim ubarwieniu. Żądny przygód szybko znalazł swojego pierwszego właściciela, z którym pokonał niezliczone ilości kilometrów. I choć jego życie pełne było wyzwań i nowych szlaków czuł, że czegoś mu w życiu brakuje. Lata mijały, a niebieski żuk z coraz mniejszą radością udawał się w kolejne wyprawy. Pewnego dnia właściciel spojrzał na Żuka i powiedział:
– Oj Żuku, Żuku, przeżyliśmy razem nie jedną przygodę, ale widzę, że nie jesteś już ze mną szczęśliwy. Czas znaleźć dla Ciebie nowego właściciela.
Poszukiwania odpowiedniego opiekuna trwały długo. Kandydaci zgłaszali się, oglądali Żuka z każdej strony, proponowali wysokie sumy za niego, ale Żuk żadnego nie chciał zaakceptować. Czuł, że w jego życiu zdarzy się jeszcze coś wielkiego, że jego powołaniem jest służyć innym. Po kilku miesiącach do drzwi właściciela zapukał nieznajomy, w dziwnym zielonym uniformie:

– Dzień dobry, słyszałem, że jest Pan właścicielem niezwykłego Żuka. Czy mógłbym go obejrzeć?
Żuk niespodziewanie zainteresował się wizytą nieznajomego. Zaintrygował go jego harcerski strój, uśmiech, delikatność i wewnętrzna pogoda ducha, dzięki którym Żuk od razu poczuł, że łączy go z nieznajomym niespotykana więź. I stało się. Gdy nowy właściciel wsiadł pierwszy raz na Żuka, obaj wiedzieli, że przed nimi wiele nieznanych i na pewno niezapomnianych dni. I tak oto Błękitny Grom (jak odtąd nazywano naszego Żuka) po raz pierwszy trafił do harcerskiego, leśnego królestwa „Zielonego Płomienia”. Wszyscy mieszkańcy powitali go z wielką radością.

– Dzień dobry, dzień dobry – witał się grzecznie Żuk ze wszystkimi – No dobra chłopaki, wsiadajcie, ruszajmy w nieznane! – krzyczał z radością do swoich nowych, małych leśnych przyjaciół, w takich samych zielonych uniformach jak jego właściciel, którzy od pierwszego wejrzenia pokochali nowego niebieskiego przyjaciela. Odtąd Błękitny Grom stał się częścią leśnej rodziny „Zielonego Płomienia”. Grom obserwował jak jego młodzi przyjaciele dorastają, jak zdobywają nowe umiejętności, jak uczą się przetrwać najcięższe próby, jak śmieją się i bawią na leśnych polanach. Nie jeden raz Błękitny Grom uczestniczył w grach terenowych i wyprawach do innych królestw. Jednak był jeden taki moment, który Żuk lubił najbardziej. Było to wówczas, gdy zmęczeni, wracający z leśnych wypraw chłopcy i dziewczęta, strudzeni trudami swych przepraw, na widok zbliżającego się Żuka, rozpromieniali się i z ogromną radością dziękowali mu za przybycie z pomocą. Wtedy Żuk wiedział, że jego życie ma sens i czuł się niesamowicie potrzebny. A tego przecież pragnął najbardziej!

Kolejne lata mijały. Żuk mimo upływu lat, zawsze stawał na wysokości zadania. Jego mali przyjaciele dorastali i stawali się jego nowymi opiekunami. Jednak czasu nikt nie cofnie. Któregoś dnia, do Błękitnego Groma podszedł właściciel i szepnął:
– Stary Druhu, nie jedną przygodę wspólnie przeżyliśmy, ale nie możemy Cię już dalej eksploatować. Czas odpocząć. Pamiętaj, że zawsze pozostaniesz w naszej pamięci.

Błękitny Grom wiedział, że czas się pożegnać ze swoją leśną rodziną i odejść na wieczną służbę do gwiazd. Pogrążeni w smutku, ale rozpamiętujący wszystkie dobre chwile, mieszkańcy królestwa „Zielonego Płomienia” postanowili, że obecność Żuka w ich rodzinie jest niezbędna. Wiedzieli, że na świecie żyją inne Żuki, które poszukują dobrego i ciepłego domu, w którym będą mogły realizować swoje marzenia. Dlatego jeszcze przed odejściem Błękitnego Groma w leśnej rodzinie pojawił się Orange Grom. Tak samo piękny i okazały następca ich niebieskiego przyjaciela, choć miał barwę pomarańczową.

– Witaj Przyjacielu – powiedział cichutkim głosem niebieski Żuk do pomarańczowego. – Jestem pewien, że zadbają o Ciebie tak jak o mnie, a Ty opiekuj się nimi. To moja rodzina! – I Błękitny Grom oddalił się w stronę gwieździstej polany, w której szczęśliwy znalazł wieczny spokój.
A leśna przygoda trwała nadal. Iluż to wydarzeń nowy Żuk był uczestnikiem. Trudno zliczyć. Przez 14 lat kolejni młodzi leśni przyjaciele, a nawet przyjaciółki stawali się jego przewodnikami i opiekunami. Orange Grom był świadkiem zaślubin, chrztów, leśnych wojaży, zimowych górskich wędrówek, zjazdów leśnych rodzin z okolicznych królestw, spotkań radosnych i nieco smutniejszych. Tak, tak. Był członkiem „Zielonego Płomienia”. Na znak swej wyjątkowości Żuk został nawet przez swoich przyjaciół przemalowany. Na jego plecach i bokach na pomarańczowym tle pojawiły się wizerunki leśnych duchów, które wyróżniały go z tłumu innych Żuków. Pomarańczowych Żuków na świecie było wiele, ale żadne królestwo nie posiadało tak niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju przyjaciela jak ludzie „Zielonego Płomienia”. Pewnego dnia, gdy właśnie Żuk odpoczywał po kolejnej przejażdżce zwrócił się do niego właściciel:

– Przyjacielu…, sąsiednie królestwo nie może już zajmować się swoim Żukiem. Czy zgodzisz się, aby dołączył do nas jeszcze jeden Żuk? Potrzebuje nowej rodziny.
Orange Grom zapiszczał na znak akceptacji i oto już na drugi dzień w królestwie pojawił się Biały Grom. Czas mijał, a kolejni zielonopłomieniowi mieszkańcy dostępowali zaszczytu ujeżdżania każdego z tych Żuków. Trzeba przyznać, że sztuka to była niełatwa. W końcu rada królestwa zadecydowała o wydaniu specjalnych pozwoleń, które uprawniały do opieki nad Żukami. „Prawo jazdy na Żuka” stało się dokumentem pożądanym i niezwykle cennym. Niestety czasy się zmieniały, a młodzi mieszkańcy królestwa coraz mniej umieli się obchodzić z Żukami, nie mówiąc o ich ujeżdżaniu.

Teraz modne były szybkie i zwinne Konie, które powoli wkradały się w łaski młodych leśnych odkrywców. Dlatego pewnego dnia do królestwa „Zielonego Płomienia” przybył nieoczekiwany gość.
– Dzień dobry – powiedział nieznajomy. – Przybyłem na wezwanie właściciela tych jakże pięknych Żuków. Wiem, że – kontynuował – Wasze przywiązanie do Żuków jest niezwykle silne, ale nadszedł czas, aby dołączyły one do swych braci Żuków w królestwie Żukolandii. Tam będą bezpieczne i szczęśliwie równie mocno jak u Was.
Starsi mieszkańcy królestwa nie mogli uwierzyć, że z leśnej rodziny już na zawsze miałyby zniknąć Gromy. Ale zmiana pokoleniowa przychodzi zawsze, czy tego chcemy czy nie. Teraz królestwem rządzili wychowankowie, którzy choć czuli mocny sentyment do leśnych Żuków, nie mogli ofiarować im tyle uwagi i troski co niegdyś. I tak w roku pańskim 2020, ostatnie dwa Gromy odfrunęły, po hucznym pożegnaniu, do królestwa Żukolandii. W sercach mieszkańców królestwa „Zielonego Płomienia”, pamięć o trzech dzielnych Żukach, które stały się częścią ich leśnej rodziny, nigdy nie wygaśnie.
Uzupełnienie bajki – całkiem realne
Agnieszka Wierzbowska
Piętnastka to również niezliczone przygody z jej pojazdami a w szczególności z samochodami marki Żuk, które ubarwiały codzienny sprawunki obozów, wyjazdy, biwaki itp. Żeby zasiąść za kółkiem każdego kolejnego Żuka nie wystarczało prawo jazdy, potrzeba było specjalnej licencji wydawanej przez Szczepowego „Zielonego Płomienia” Jacka Broniewskiego. „Błękitny Grom”, którego felgi miałam przyjemność malować jako mała dziewczynka na działce w Chechle, zaskakiwał cudownie miękką wyściółką w środku i żadne wyboje nie były straszne. Kolejny „Żuk” to „pomarańczowa strzała” która była nie była tylko autem zaopatrzeniowym. Który inny Żuk może się pochwalić, że był pojazdem Pary Młodej – Ewy i Macieja Zasadzińskich (och jakie miał wtedy piękne firaneczki w oknach i chodnik na podłodze). Który inny „Żuk” może się pochwalić, że stał się dziełem sztuki, bo harcerze postanowili zrobić z niego ruchomy mural. To wymalowane w jakieś esy floresy czy duchy auto, było pojazdem, w którym odbyłam dużo wypraw obozowych pomagając kolejnym zaopatrzeniowcom naszych obozów. W 2012 r. obozowaliśmy w Słońsku, woj. lubuskie. Było to niedaleko owianego złą legendą tzw. przystanku Woodstock. Pewnego razu, wraz z Dominikiem Koślinem wybraliśmy się tym artystycznie wymalowanym Żukiem by odebrać ratownika ze stacji w Kostrzynie nad Odrą, a jednocześnie zawoziliśmy jedną osobę z kadry na SOR. Przy polu woodstokowym zatrzymała nas pani policjant, tak zdziwiona naszym pięknym autem i faktem, że z tyłu nie ma pasów, że chyba trzykrotnie sprawdzała dowód rejestracyjny. Żuk posiadał rejestrację na przewóz 9 osób ale tylko dwa przednie fotele musiały posiadać pasy (więc je miały), a z tyłu, wzdłuż ścian były ławeczki, które nie musiały być w pasy wyposażone, bo czasami składało się je do przewozu bagażów. Pani policjant popatrzyła, głową pokiwała ze zdziwienia, ale dowód Dominikowi oddała. Tyle, że gdy „Żuk” już powoli ruszył, przypomniała jej się procedura i zawołała do kierowcy – Dominika „Ale prawo jazdy to Pan ma?”. Dominik zresztą opowiadał, że prowadzony przez niego samochód, ze względu na „szaloną” grafikę na blasze był początkowo przez policjantów brany za „woodstokowy” i kazano mu parę razy dmuchać w balonik. Dopiero później, gdy służby już przyzwyczaiły się, że jeździ tędy niepowtarzalny pojazd harcerski, to nawet nasi i policjanci machali sobie z pozdrowieniami
