Wspomnienie o obozie w czasie stanu wojennego w 1982 r. Pełna wersja wspomnień ukaże się w wersji książkowej.


Organizacja obozu harcerskiego jest przygodą wcale nie mniejszą niż on sam. Najpierw spotkania w „sztabie” u Broniewskich na Lermontowa. Trudno dziś określić ile dokładnie ich było, może kilka choć raczej kilkanaście i …. koncepcja gotowa.
Ku pokrzepieniu serc – Piotr i Grażyna
Jest rok 1982, trudny czasstanu wojennego, ogłoszonego w grudniu 1981 r., więc potrzebujemy wszyscy czegoś „ku pokrzepieniu serc”. Decydujemy się oprzeć pracę wychowawczą na idei największego „krzepiciela polskich serc” – Henryka Sienkiewicza a dokładniej na Trylogii ze szczególnym uwzględnieniem „Potopu”. I tak z naszych narad i dyskusji wyłania się „Lauda czyli ku pokrzepieniu serc”, bo tak nazwiemy obóz szczepu „Zielony Płomień” wraz z kolonią zuchową w Bąkowej Górze 1982. Będzie to w końcu nasz (!) obóz, a nie wielkie zgrupowanie, jakie znamy z lat 1970. Harcerki z 59 ŁDH w „Wodoktach”, czyli wiosce Oleńki Billewiczówny, doskonalić się będą w pracach ówczesnych białogłów (Billewiczówny, Gasztowtówny, Pakoszówny). Harcerze z XV ŁDH (jeszcze wówczas używaliśmy zapisu 15 ŁDH) w „Chorągwi Laudańskiej” odtworzą przygody Andrzeja Kmicica a zastępy „Laudy” czyli Butrymy, Domaszewicze, Sołłohuby, Stakjany pod wodzą hetmana (nomen omen herbu Leliwa czyli herbu naszego komendanta) i regimentarza będą wysyłać podjazdy do wszelkich zadań harcerskich. Postanawiamy uwypuklić takie cechy bohaterów powieści jak: głęboki patriotyzm, gotowość do poświęceń dla Ojczyzny, odwaga, siła i zręczność oraz radzenie sobie mimo trudności. Jakim cudem udało się Grażynce (hm Grażyna Broniewska) zatwierdzić taki obóz w Komendzie Hufca i w Wydziale Oświaty Urzędu Miasta – nie wiem, ale poszło [PK].

W obozie naszego szczepu uczestniczyło około 70-80 osób w 2 obozach harcerskich oraz kolonii zuchowej pod namiotami. Namioty zuchowe NS miały podpinki, drewniane podłogi i jako „przedłużenie” drugi namiot do majsterki. Różniło nas to zasadniczo od innych wielkich zgrupowań. Obozowaliśmy na terenie woj. piotrkowskiego, gdzie w tzw. bazach z murowanymi kuchniami i magazynami, pokojami dla kadry oraz elektrycznością przebywało nawet po kilkaset osób, zaś w kadrze wiele osób pracowało etatowo. A my namioty rozbiliśmy w starym, jasnym, sosnowym lesie na lewym brzegu Pilicy, w Bąkowej Górze, gdzieś pomiędzy Sulejowem a Przedborzem i sami zbudowaliśmy sobie całą, leśną infrastrukturę obozową. Na północ od obozu ujście niewielkiej strugi wodnej, a naprzeciw obozu – bród pozwalający na przejście przez rzekę bez zamaczania majtek. Do wsi Bąkowa Góra ok. 2,5 km przez las na zachód; we wsi mały wiejski sklepik i zlewnia mleka, która odegra swoją rolę w dalszej części opowiadania.
Grażyna
Ze względu na charakter stylizacji, na czas obozu wprowadzono specjalne nazewnictwo dla osób funkcyjnych oraz jednostek organizacyjnych i zajęć obozowych, a zastępy w totemach miały herby swych rodów. Herby te jeszcze przed obozem harcerze mieli odszukać w wypożyczonych im herbarzach (czyli w książkach, bo przecież internetu jeszcze nie było) i przygotować tarczę herbową. Zastępowi i kadra mieli też obowiązek przeczytania „Potopu”, niektórzy po raz pierwszy a inni ponownie. Wielką radość osobom piszącym rozkazy (czyli Grażynie i Piotrowi) sprawiało opisywanie życia codziennego w języku z epoki. Piotrowi było nieco łatwiej, bo jako student medycyny znał łacinę, przydatną choćby po to, by ponumerować kolejne rozkazy. A ile się przy tym uśmialiśmy, gdy przykładowo trzeba było w języku tamtej epoki zapisać wyprawę do kina obwoźnego? W końcu wymyśliliśmy chyba (o ile pamiętam), że nazwiemy kino „teatrum, kędy wędrowny ensemble iże trupa kuglarzy zawitała”. Ponieważ nazewnictwo zastosowane w planie dnia i rozkazach nie było łatwe do zapamiętania, wszystko przepisywaliśmy na maszynie, przez kalkę w 5 egzemplarzach i jeszcze przed pobudką wywieszaliśmy na tablicach informacyjnych. Obok, od początku obozu, wywieszona była „ściąga” z zestawieniem nazewnictwa i jego tłumaczeniem. Przykładowy rozkaz o zakończeniu biegu harcerskiego poniżej:
Artykuł hetmański numero viginti duo (22)
Dan w Bąkowej Górze 27 dnia miesiąca lipca Roku Pańskiego 1982
Waćpanny i Ichmościowie,
Nieprzyjaciel nasz srodze igno et ferro pokaran został, a Komut z Polesia dniem dzisiejszym powrócił. Wyprawa laur zwycięstwa rycerstwu i pannom wodoktańskim obfity przyniosła.
Jakoż rangę Ochotniczki waćpannie Ewie Okruszek przyznajemy i Dorcie Bendinger tenże sama ranga z wyróżnieniem się przynależy.
Rangę Młodzikia ichmościom Piotrowi Strzeleckiemu, Karolowi Bałdysowi i Remigiuszowi Pękali nadajemy.
Czasem tym samym ranga Tropicielki imć pannie Marii Berkan przynależy, zaś rangę Wywiadowcy nadajemy Ichmościom: Jackowi Furgałowi, Adamowi Kuczkowskiemu i Jarosławowi Olczakowi.
Rangę Ćwika jedynie imć Pawłowi Chojnackiemu przyznajemy, zasługi jego na polu nauk harcerskich zważywszy.
Waćpanny i Ichmościowie,
W dziejach szczepu naszego pierwsza panna zwinność Małkowszczaka zdobyła, co nas srodze raduje. Item z ogromną chęcią i radością waćpannę Marię Berkan w pierwszym kręgu naszego wtajemniczenia witamy.
Porankiem dzisiejszym namiestnik Laudański Srogi oraz wójt kurpiowski Pempol próbę samotności akuratnie ukończyli. Jakoż przed oblicze nasze zastrzeżeń żadnych nie wnoszono, Laudzie całej ogłaszamy, iże obaj zwinność Trzech Piór zdobyli. Wyczynu tegoż gratulujemy im gorąco.
Czołem!
My, z królewskiego nakazania,
Hetman Wielki Litewski
Hm Jacek Broniewski herbu Leliwa
Z rozrzewnieniem wspominamy tę pracę „ku pokrzepieniu serc”, gdy otaczała nas stalowa rzeczywistość stanu wojennego, a my w obozie „Laudy” oddychaliśmy swobodnie pełną piersią. A łatwo nie było nie tylko ze względu na archaizmy językowe. W latach naszych działań w KIHAM-ie i niejawnym Ruchu Harcerskim obozy Szczepu „Zielony Pomień” objęto specjalnym nadzorem. Dziś już potrafimy się z tego śmiać, ale wówczas zatruwano nam nieustannie normalną pracę na obozie gdyż „nawiedzało” nas po kilkanaście wizytacji. Zabawny epizod miał miejsce w czasie „nalotu” wizytacji oświatowej i partyjnej z Piotrkowa. Ktoś z tej grupy zapytał młodego wartownika w obozie XV ŁDH:
– „Gdzie byłeś druhu na wycieczce poza obozem?
– Byłem z zastępem na Chatce Robinsona oraz całą drużyną w Częstochowie – brzmiała odpowiedź.
– A dlaczego nie w Bełchatowie? Przecież to blisko i taka ważna dla nas wszystkich inwestycja czyli wielka kopalnia do zwiedzenia?– padło kolejne pytanie. Mały wartownik chwilę się zastanowił i odparł:
– Bo Andrzej Kmicic bronił Częstochowy, a w Bełchatowie nie był!”.
Kraina mlekiem płynąca – Piotr
O samochodzie dostawczym nawet nie marzymy, musiała nam wystarczyć stara super Syrena Jacka i Grażyny. „Długi” (hm Jacek Broniewski) ubrany w niebieskie drelichowe spodnie na szelkach i takąż kurtkę spędzi wiele godzin reanimując zawieszenie przednich kół ciężko pracujące na polnych i leśnych drogach.
Ale wracając do organizacji obozu, bo o niej również jest ta opowieść, przedstawić trzeba ówczesną rzeczywistość. W Polsce, przeżywającej w tamtych latach silne społeczne emocje jest dość biednie. Dostajemy co prawda dotacje z Wydziału Oświaty oraz z Komendy Chorągwi, od części harcerzy mamy też wpłaty indywidualne za obóz oraz mamy rzeczywiste, choć „ciche” wsparcie widzewskiej parafii w postaci pewnych produktów spożywczych otrzymanych w darach z państw zachodnich. Ale z myślą, że zaopatrzymy obóz w produkty spożywcze zakupione w wiejskim sklepiku możemy od razu się pożegnać – w sklepach pustki, a żywność nabywa się na kartki. Jako obóz mieliśmy kartę zbiorową, którą trzeba było zatwierdzić w gminie i dopiero na jej podstawie w sklepach można było dokonać zakupów. W Wydziale Handlu Urzędu Miasta Łodzi, po zatwierdzeniu obozu przez władze oświatowe i harcerskie, dostaliśmy te najistotniejsze gospodarczo dokumenty obozu czyli zgody na zakup artykułów spożywczych. Były to wymienione dokładnie produkty w liczbie policzonej według zasady: liczba harcerzy x liczba dni x dzienne zapotrzebowanie harcerza na dany produkt. Pozwolenia należało zrealizować nie w żadnym sklepie ale w hurtowniach w Radomsku. Do Radomska pojechałem więc Syreną wraz z „Gadziorem” [Darkiem Gozdkiem]. Nasza Syrena prezentowała niezmiernie ciekawe właściwości. Przy prędkości około 70 km/godz. wibrowała dość intensywnie i sprawiała wrażenia jakby chciała się rozpaść, zaś po przekroczeniu 80 km/godz. sunęła gładko jak nie przymierzając Mercedes.
Chyba już na zawsze zapamiętam pierwszą wizytę w Okręgowej Mleczarni. Wchodzę do pokoju jakiejś ważnej Pani. Ta wysłuchuje mojej prośby, studiuje podaną jej kartę (tę z Wydziału Handlu) a potem podnosi wzrok na mnie. Stoję obok jej biurka w harcerskim mundurze; dość duże chłopisko w krótkich zielonych spodenkach i z zieloną chustą spiętą suwakiem z lilijką. Kobieta zatrzymuje swój wzrok na moim krzyżu harcerskim, przepasanym wąskim paskiem krepy. „Co to ?” – pyta. Odpowiadam, że instruktorzy harcerscy wyrażają w ten sposób żałobę po zmarłym dopiero co kardynale Stefanie Wyszyńskim, Prymasie Polski i harcerzu. „Aha, to pięknie” odpowiada wzruszona tym wyznaniem Pani; odsuwa szufladę swojego biurka, niedbale wrzuca do niej kartę z Wydziału Handlu, zamyka szufladę popychając ją brzuchem i mówi do mnie: „No dobrze, to czego tak naprawdę potrzebujecie?”. I okazało się, że nabiału było w bród, mogliśmy kupować co chcemy i na co tylko było nas stać.
We wspominanej wcześniej zlewni mleka zapowiedziała nas wcześniej owa Pani z Mleczarni i mieliśmy liczne ułatwienia. Nie kupowaliśmy mleka w sklepie lecz odbieraliśmy je bezpośrednio w zlewni, płacąc na miejscu cenę jak w sklepie. Prowadzący zlewnię, gdy pierwszy raz pojawiłem się z dwoma naszymi bańkami (bo mleko woziliśmy w bańkach) wygłosił krótkie oświadczenie typu: „Mleko o największej procentowej zawartości tłuszczu przywozi do nas – tu padło nazwisko – i to właśnie mleko będziemy przelewać bezpośrednio w wasze bańki”. Tak dobrego mleka nie piłem na żadnym z harcerskich obozów.
Tajemnicze kuchnie polowe – Grażyna
Z Caritasu dostaliśmy trochę produktów spożywczych: jakieś tłuste konserwy, mąkę, kilka dużych pudeł smalcu, trochę słodyczy i taki żółty proszek, z którego robiło się serek topiony. Dary te stały się „solą w oku” wizytującej nas pracownicy księgowości Chorągwi Łódzkiej, podobno zatrudnionej również w SB. Faktem jest, że w każdej Komendzie Chorągwi ZHP na takim „podwójnym etacie” był przynajmniej jeden z etatowych pracowników. W naszym odczuciu owa pani była nasłana specjalnie po to, by odkryć jakieś malwersacje tych pracujących społecznie „niepokornych” instruktorów w myśl powiedzenia „jak nie kijem go to pałką”. W tym czasie obozy były zobowiązane do prowadzenia kartoteki magazynowej, czyli codziennie zapisywano, że do posiłków (tu dokładny jadłospis) wydano precyzyjnie określone produkty podając ich dokładną wagę i cenę. Gdy np. jedna marchewka było za 2 zł/kg a druga za 2,50 zł/kg, to musiały być zapisane w osobnych pozycjach wraz z nr faktury. Musieliśmy te zapisy prowadzić na bieżąco, z dnia na dzień. W tych kartach wizytująca znalazła informacje, że kilkakrotnie ziemniaki, smalec, sól a także nieco herbaty i cukru (+dokładnie ilość, waga) wydano dla kuchni polowych. Nasi harcerze uwielbiali bowiem w trakcie szkoleń przy budowaniu takich kuchni biwakowo-polowych robić sobie frytki, a do nich herbatkę. Pani jednak nie mogła pojąć o co chodzi. Najpierw się pytała jak bez wagi ważymy wydany smalec (bo mimo, że był w magazynie-ziemiance stracił częściowo swoją spoistość) i mocno się krzywiła na odpowiedź, że mierzymy to napełniając do pełna menażkę, bo policzyliśmy, że zawartość pudła to x menażek. Potem wpisała w protokole pokontrolnym, m.in. że zbyt dużo zużywamy cukru oraz – co chciałaby wyraźnie podkreślić – nie widziała żadnych kuchni polowych, do których to niby wydawaliśmy smalec, więc to wszystko jest mocno podejrzane. Protokół dostaliśmy w rękę i pani szybko się wyniosła. Odpowiedź mieliśmy przesłać na piśmie, już po obozie do Komendy Chorągwi ZHP. Czytając te bzdury zastanawialiśmy się czy bardziej powinniśmy się śmiać czy płakać. I napisaliśmy w odpowiedzi m.in.: 1) kartkowy przydział cukru na 1 osobę wynosił 2 kg/mc, a wg rachunków zakupiliśmy i zużyliśmy w ciągu 26 dni około 1 kg na osobę (co łatwo zsumować z faktur, tylko trzeba się nieco wysilić); 2) Zalecamy wizytującym, by się dokształcili w pionierce obozowej i serdecznie polecamy lekturę (tu podaliśmy tytuły i nr stron kilku książek) na temat budowania i natychmiastowego maskowania (z podkreśleniem maskowania!) kuchni polowych. Później mieliśmy „przecieki” z Komendy Chorągwi, że tam też podśmiewano się z tego protokołu.
I tak to było, raz wesoło a raz nerwowo. Ale życzenie „obyś żył w ciekawych czasach cudze dzieci chował” mamy zrealizowane.


