Odcinek 6 – Harcerski posag – Gabriela Wyrwał

Pełna wersja wspomnień ukaże się w wersji książkowej.


Gabriela Wyrwał na obozie Bieszczady 1982

Jest koniec 2020r. roku i właśnie przyniosłam ze skrzynki pocztowej  książkę: XV Łódzka Drużyna Harcerzy “Zielony Płomień” im. Andrzeja Małkowskiego – 100 lat realizacji metody harcerskiej.  Dotarła do mnie, do San Diego, chwilę przed świętami, traktuję ją więc jak wspaniały prezent. Zaczynam z ciekawością przeglądać jej strony, patrzę na zdjęcia i z radością pomieszaną ze zdumieniem rozpoznaję i siebie i Małgosię [Szymańską] i kilku harcerzy z piętnastki! Jakaż radość!

Do harcerstwa wstąpiłam w czwartej albo piątej klasie jako uczennica 104 Szkoły Podstawowej w Łodzi, przy ulicy Drewnowskiej. I tu  dziwna sprawa, choć należałam do 59 ŁDH to moje, “historie niesamowite”, które opowiadam 18-letniej już córce, zdają się być ściśle powiązane z XV ŁDH  i jej druhami.  Nie pamiętam dat i mylą mi się miejsca. Można by to wszystko sprawdzić ale moje zdjęcia, książeczka harcerska, mundur i pozostałe akcesoria, spoczywają w dolnej szufladzie szafy w Łodzi, w mieszkaniu rodziców na Kozinach.

  Na pierwszy obóz harcerski pojechałam w 1977 r. do Wenecji, nad jeziora. Chyba zdałam do 6 tej klasy. Z tego obozu noszę w sobie jeden obraz/wspomnienie. Trzeba było gdzieś pójść przez las nocą. Może na ognisko, może na próbę harcerską? Była nas niewielka grupa, ja najmłodsza. Przodem szły jakieś osoby, ale to było starsze towarzystwo czy kadra, a ja jakoś pozostawałam w tyle. Pamiętam, że choć uważałam się za raczej odważną, to czułam się niepewnie w tym lesie. Droga była grząska, księżyc odbijał się w czarnych kałużach deszczu i gałęzie wyciągały swoje łapy.  W pewnym momencie zaczął iść obok mnie jakiś harcerz. Nie taki jak ja szeregowy ale “człowiek dorosły” przynajmniej według mnie. Może licealista 4-tej klasy, a może już student? No i szedł przez ten ciemny kawałek lasu wraz z małą harcerką drepczącą w ogonie. Nie pytał czy mi straszno, nie dodawał odwagi ale tak po prostu szedł obok mnie i opowiadał o czymś zupełnie banalnym, choć nie bardzo już pamiętam o czym. Nie wiem czy trafił na mnie przez przypadek, czy też zdał sobie  sprawę że się trochę bałam tego lasu, że się zgubię na tej ciemnej ścieżce, więc swoją obecnością, tym zwyczajnym gadaniem unieważnił moje obawy bo już nie byłam sama.

Na stronie 10. książki rozpoznaję postać na zdjęciu! To druh Piotr Kozłowski, oboźny ze Strużnicy 1978, gdzie posmakowałam wędrowania po górach z plecakiem. Na ten obóz skaperowałam moje trzy koleżanki z klasy, Wiesię, Ewę i Basię a ja byłam na tym obozie zastępową. Piotrek Kozłowski jako oboźny budził w nas pomieszanie szacunku z postrachem. W końcu był to wielki mężczyzna i w dodatku z brodą, na szczycie harcerskiego parnasu, i to on prowadził, apele, odgwizdywał alarmy, sprawdzał porządki, itd.  Największą atrakcją tego obozu była wycieczka piesza po górach, w której miał wziąć udział cały obóz ale w trzech “rzutach grupowych”. Grupa 3-dniowa miała wyruszyć pierwsza, potem grupa dwudniowa, i w końcu grupa jednodniowej wycieczki.  Wszyscy mieliśmy się spotkać u celu naszej wyprawy, na Śnieżce.   Piotrek decydował kto pójdzie na trzydniówkę  po górach a kto nie. Pamiętam jak kandydatom kazano się spakować i ustawić rzędem. Przed każdym plecak, pozycja na spocznij. Oboźny Kozłowski uważnie lustruje każdy plecaki i potem jego właściciela. Od głów to stop. Tak właśnie, zwłaszcza te stopy, a raczej buty. Nie mogę uwierzyć kiedy się okazuje że moja najlepsza koleżanka “odpadła” z powodu trampek. To były jedyne “zakryte” buty jakie miała. Wydawało mi się to wtedy niesłychanie niesprawiedliwe, ale dzisiaj wiem że druh Piotr w ten sposób wykazał odpowiedzialność za Wiesię, bo ona w tych trampkach absolutnie nigdzie by nie doszła.  Może dlatego, jeśli chodzi o buty, to całe życie skłaniam się w stronę wygody przeważającej nad wyglądem. Kupując buty, nie tyle zadaję sobie pytanie “czy ładnie mi w nich”, ale raczej “czy dojdę, czy dobre na drogę”? Druhu Piotrze, lekcja wyciągnięta – dziękuję!

Dzięki Piotrowi Kozłowskiemu nauczyłam się też jeździć na nartach na zimowisku w Mesznej no i poznałam Bieszczady. Ach co to był za obóz wędrowny! Była nas mała grupa, cztery dziewczyny z 59 a reszta to chłopcy z piętnastki włączając Darka Gozdka („Gadziora”) i Wojtka Tomaszewskiego („Pępola”) – moich kolegów z tej samej klasy szkoły podstawowej. Razem kilkanaście osób. Szykowaliśmy się do tego obozu od wiosny, w ciężkich czasach roku 1982, zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego. W Łodzi sklepy świeciły pustymi półkami i obawialiśmy się że w Bieszczadach będzie jeszcze gorzej. Przygotowaliśmy więc paczki z prowiantem, które wysłane wcześniej mieliśmy strategicznie odbierać w określonych punktach naszej wędrówki. Co było w paczkach? Między innymi dobrze wysuszone kromki chleba! Pamiętam białe prześcieradło na podłodze w pokoju tak zwanym stołowym, z pokrojonymi kawałkami  chleba które należało co jakiś czas przełożyć na drugą stronę. Dziwne, że nie pamiętam żeby moi rodzice protestowali, więc chyba rozumieli sytuację. Okazało sie później, że na tym polskim bieszczadzkim końcu świata chleb można było jednak kupić. Ten obóz to pinnacle [szczyt], legenda i szczyt marzeń. Ale to już inna historia. Powiem tylko że jazda na platformie kolejki i bieszczadzkie krajobrazy śnią mi czasem po nocach i opowiadam o tym obozie mojej córce, a ona słucha z buzią otwartą, jak opowieści o żelaznym wilku.

Za moich czasów w 59 ŁDH był jeszcze jeden Piotrek czyli Piotr Guga. Odnalazłam go na jednym ze zdjęć z lat siedemdziesiątych, na stronie 23. Piotrek był postacią stałą na moich obozach. Czasami był na nich jako drużynowy XV ŁDH,  a czasami jako komendant obozu Szczepu „Zielony Płomień”. Z mojej perspektywy był osobą dorosłą, ale nie onieśmielał jak Piotr Kozłowski, no i wspaniale potrafił się dogadywać z “małolatami” takimi jak ja. Może była to sprawa niebywałego, w moim mniemaniu, poczucia humoru druha Piotrka. Dość że bardzo lubiłam być w pobliżu „Gugusia” i słuchać jego różnych śmiesznych historii. Pamiętam jedną noc obozową w Bąkowej Górze. Piotrek, Małgosia Szymańska i ja spędziliśmy ją pod olbrzymią sosną na rozmowach “ogólnoludzkich i ponadczasowych”,  ale także “o niczym”. Kiedy się w końcu zebraliśmy do odwrotu, Piotrek zrobił uwagę że ”dziewczyny, na stare lata będzie was krzyż bolał od tego siedzenia na ziemi w lesie”. Pamiętam jak absurdalne i śmieszne wydało mi się to jego stwierdzenie. Ale dzisiaj, ilekroć mam problemy z wyprostowaniem się, uśmiecham się i mówię do siebie: no tak, to wszystko przez to siedzenie po nocach, przy ogniskach i pod drzewami. Piotrka Gugę ostatni raz chyba widziałam, gdy pracowałam jeszcze w Japonii. Któregoś dnia zadzwonił telefon i ku mojemu zdumieniu okazało się że przyjechał na konferencję chemiczną do Yokohamy! Pamiętam że oglądaliśmy miasto nocą ze szczytu Yokohama Tower i potem pojechaliśmy do nas, do Ryokuentoshi, gdzie spędziliśmy resztę czasu, a właściwie nocy na rozmowach i wspominkach. Nie pamiętam o czym rozmawialiśmy ale pamiętam lekkość, śmiech i czystą radość z tego spotkania. 

Na stronie 24. Rozpoznaję też młodszego brata Piotra Gugi – Czarka. Mimo że Cezary Guga był bardziej zbliżony wiekowo do mnie, miałam wrażenie że był bardziej odległy niż jego starszy brat: poważniejszy, bardziej skryty i małomówny. Może dlatego nigdy nie zwracałam się do niego jako “Czarek” tylko “Cezary”. Cezary był świetnym kompanem i zawsze można było na nim polegać, był świetnie zorganizowany i doskonały w szkoleniach z samarytanki. Nie zdziwiłam się kiedy dowiedziałam się, że będzie studiował medycynę na WAM w Łodzi, a teraz jest lekarzem. 

Nie sposób mi wspominać moje lata harcerskie bez przywołania imienia Jacka Broniewskiego, Komendanta Szczepu Zielony Płomień. Pamiętam słynny samochód druha Broniewskiego.

Jacek Broniewski w l. 1970.

Syrenkę która dowoziła prowiant na nasze obozy i które to auto miało “prześwity” w podwoziu. Pamiętam zdziwienie, niedowierzenie i wesołość jaka mnie ogarnęła, kiedy zdałam sobie sprawę że to co widzę w dole to uciekająca do tyłu droga do Bąkowej Góry! Pamiętam też paczki świąteczne które robiliśmy zimą stanu wojennego. Rozwoziliśmy je potem z druhem Jackiem do osób samotnych i starszych.1To były przede wszystkim rodziny osób internowanych, bo powołane jesienią 1981 r. Pogotowie Zimowe okazało się być najbardziej przydatne do pomocy tej właśnie grupie. Ale o tym wiedzieli nieliczni [J.B.]. Żartowaliśmy też że tylko patrzeć jak nam druha Broniewskiego “wywiozą kibitką” tej zimy. 

Druh Jacek Broniewski budził zaufanie. Nie tylko rodziców którzy, godzili się na wszystkie wyjazdy, zarówno te normalne – obozowe, ale też te nie bardzo legalne jak Biała Służba w Częstochowie na przyjazd papieża, czy te zupełnie “crazy” [szalone] z suszeniem chleba. Wystarczyło  w domu  powiedzieć że to organizuje „Zielony Płomień” i druh Broniewski, żeby rodzice skapitulowali. Druh Broniewski miał też nasze zaufanie. Może dlatego że potrafił słuchać i nie był skory do szybkiego wydawania opinii o innych. Miało się pewność, że zrozumie i jak jest problem to pomoże w rozwiązaniu. Nie znaczy to że druh Jacek nie potrafił skrytykować. Potrafił, ale w swojej krytyce rozróżniał krytykę postępku czy błędnej decyzji od krytyki osoby popełniającej akt. Jego dezaprobata nie była krytyką osoby, ale czynu. Taka postawa pozwalała tym którzy coś “zawalili” na drugą szansę, na odbudowanie zaufania druha Jacka, ale też na odbudowanie wiary w samego siebie i że następnym razem “I will get it right”: postąpię właściwie, podejmę lepszą decyzje, rozeznam się w błędzie. Zdaję sobie sprawę, że z perspektywy druha Jacka Broniewskiego ja należę do setek harcerek i harcerzy z którymi się zetknął i jestem jedną z setek twarzy które salutowały mu na obozach. Innymi słowy, jestem postacią z dalekiego planu. Z mojej jednak perspektywy – druh Jacek Broniewski jest postacią pierwszoplanową, kimś kto miał zasadniczy wpływ na to kim jestem dzisiaj. W swoim życiu mamy zazwyczaj te kilka osób (licząc na palcach jednej ręki) które nas ukształtowały. Często są to członkowie rodziny i przyjaciele. W moim przypadku, do tych osób należy właśnie druh Jacek Broniewski. 

Kiedy patrzę na moją córkę, lamentuję nad dwoma rzeczami. Po pierwsze, że nie dorastała w wielopokoleniowej rodzinie pośród babć, dziadków, cioć, wujków, sióstr i braci ciotecznych, kuzynek i kuzynów. Po drugie, że nigdy nie zaznała takiego harcerstwa jak ja. Była w “Girl Scouts“ przez 6 lat, (ja z nią jako mama od “camping”) ale to coś niewiele mającego wspólnego z metodą harcerską. Marzyło mi się że ją kiedyś wyślę na obóz w Polsce, ale zawsze coś stało na przeszkodzie: a to brak czasu, a to brak pieniędzy, albo inne plany brały pierwszeństwo. 

Co mi dało harcerstwo, co z tego zostało do dziś? No cóż, tak się stało że przyszło mi żyć w kilku miastach, w kilku państwach, i na trzech kontynentach. Musiałam stawić czoła nieznanym krajobrazom, obcym językom, egzotycznym potrawom i cudzoziemskim zwyczajom. Wiele razy czułam się jak na bezludnej wyspie, bez nadziei na pomoc czy wsparcie. W tych to właśnie sytuacjach czerpałam z tego czego nauczyłam się w harcerstwie: wytrzymałości, cierpliwości, trwania, determinacji i zaradności. A także wiary w siebie, bo przecież “harcerka potrafi!”. Co dało mi bieganie po lesie z kompasem, mozolne wdrapywanie się pod górę z plecakiem w deszczu, nocne alarmy mundurowe, spartańskie warunki obozowe, czy nawet – dzięki pomocy druhny Grażyny Broniewskiej – bilansowanie poobozowych rachunków finansowych, gdy już byłam instruktorem? A no to, że dość dobrze orientuję się w przestrzeni, potrafię odnaleźć się w nieznanym terenie i nie przeraża mnie perspektywa jazdy na motocyklu w plastikowym ponczo w czasie pory deszczowej. Potrafię się umyć w połowie wiaderka wody (także włosy!), a czynność tę doprowadziłyśmy do perfekcji z Małgosią Szymańską na jednym z obozów i później bardzo się przydała, kiedy kilkakrotnie w życiu byłam bez wody.  Potrafię też, obudzona w środku nocy, błyskawicznie przygotować się i być gotowa do wyjścia, w max 5 min.  Sprawdziło się to, kiedy kazano nam się ewakuować  w czasie pożarów. Że nie wspomnę o spaniu “na baczność” – moje łóżko  zawsze ślicznie wygląda, jeden ruch ręki i gotowe i pięknie posłane!

Muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy kiedy już tak piszę o relacjach z XV ŁDH. Nigdy nie doświadczyłam by harcerze – chłopcy z  piętnastki traktowali nas – harcerki gorzej. Nigdy nie patrzyli na nas z góry czy z politowaniem, ale też nie obchodzili się z nami  “ulgowo”, bo to dziewczyny. Razem budowaliśmy prycze, konstruowaliśmy latryny, piłowaliśmy bale drewniane i stawialiśmy bramy.  Może też dlatego zawsze potrafiłam trwać przy swoim i nigdy nie czułam się zastraszona przez mężczyzn czy kobiety “u władzy”. Było tak jak w piosence: “wszyscy harcerze to jedna rodzina, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna…”

Skoro jestem już przy piosenkach, to chyba podsumuję to wspominanie piosenką która śpiewana gdzieś dawno powraca do mnie od lat jak echo:

Pójdziemy sobie pod ręce
W słoneczny dzień, w deszczowy ten dzień!
Po błocie i po bruku, a z nami refren ten.
Pójdziemy sobie pod ręce gromadą przed siebie,
Znajdziemy nowych przyjaciół i nowe chmury na niebie.
Przyjdzie czas kiedy się rozstaniemy,
Każdy drogą swą pójdzie przez świat,
Lecz jak posag ze sobą weźmiemy,
Naszą przyjaźń, harcerskich sens lat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *